sobota, 27 września 2008

Gdzie Niebo...(Part 4)

Japonia, Kioto, Liceum nr 13

Kiedy wylądowałem przed liceum zacząłem się rozglądać za notesem. Zapewne ktoś już wcześniej go zabrał, lecz wolałem być pewien. Poza tym, czułem coś dziwnego. Nigdy nie zaznałem tego uczucia. Instynktownie wiedziałem, że notes jest gdzieś blisko. Czułem go. Zapewne w ten sposób Shinigami odnajdywali właścicieli notesów. Przysiadłem na wysokim murze tuż przed szkołą. Nie widziałem notesu, więc pewnie ktoś musiał go zabrać do środka. Po chwili zabrzmiał dzwonek. Zaraz potem uczniowie zaczęli wychodzić z budynku. Wylądowałem na ziemi, i zacząłem poszukiwać właściciela notesu. W oddali zauważyłem pewną grupę ludzi.

- Miyoko! Miyoko! – krzyczała pewna dziewczyna. – Musisz być silna!

- Kiedy ja nie potrafię. – odpowiedziała Miyoko płacząc.

- Słuchaj Miyoko!. – powiedzieli równocześnie dwaj chłopcy. Zapewne bracia gdyż byli niemal
identyczni. Obaj byli wysokimi młodzieńcami z brązową czupryną na głowie identycznie ściętą.

- Dobra, mów Jun. – powiedział jeden z nich. Brat przytaknął na te słowa.

- Słuchaj Miyoko! Za bardzo nie lubię takich sytuacji, i się od nich nie mieszam, ale skoro Makoto był moim przyjacielem, to nie mogę przejść obok obojętnie. Denerwujesz mnie powoli. Wszyscy za nim tęsknimy. Ale nie możesz cały czas tym żyć. – mówił chłopak, do zapłakanej blond włosej Miyoko, która, z trudnością łapała powietrze.

- Ty…ty.. nic…nic nie rozumiesz… - mówiła dziewczyna, łkając. – Czuję się, jakby to była moja wina. Moja... rozumiesz?!.


Cóż, zapewne, notes został już użyty…ech…


Nagle do grupki podeszła pewnym krokiem pewna, brązowowłosa dziewczyna, A tuż za nią, szli dwaj chłopcy. Na jej widok wszyscy zamilkli.

- Dobra! Nienawidzę, jak się zbieracie w grupach i spiskujecie przeciwko mnie!- powiedziała donośnym głosem. Nikt nie zareagował.

-Ech… Mel-chan. My nie spiskujemy… - powiedziała, dziewczyna w czarnych, długich aż po pas włosach, z lekko opadającą grzywką na czoło. – Rozmawiamy z Miyoko.

- Zamilcz! – krzyknęła Mel-chan. – Nie przerywaj mi. Nienawidzę takich jak wy! A ty Miyoko! Śmierć Makoto, to przeszłość. Jeżeli nie przestaniesz o tym gadać, to dam ci kopa z glana!
Te słowa, chyba jeszcze gorzej wpłynęły na Miyoko. Ukryła twarz w dłoniach, po czym uciekła.

- Wy…wy nic nie rozumiecie! – krzyczała dziewczyna kierując się w strone bramy wyjściowej.

- Nie martw się! Jutro będzie gorzej! – krzyknęła Mel-chan, w stronę Miyoko, kiedy ta jeszcze nie zniknęła za murem.

Cóż, przynajmniej wiedziałem, kto ma Death Nota.
Poleciałem za nią. Doleciałem, do niewielkiego domku jednorodzinnego. Dziewczyna zatrzasnęła za sobą drzwi, po czym szybko wbiegła po schodach w stronę pokoju. Zamknęła za sobą drzwi i rzuciła się na łóżko. Ech i znowu płacze... Ale mi się trafiła. Chyba mnie nie dostrzegła

- Ekhem…- odchrząknąłem. - Dziewczyna nagłym ruchem odwróciła się. Chyba mnie zauważyła bo oczy zrobiły jej się jak pięć złotych. Nie byłem pewien czy oddycha. Siedziała tak przez chwilę, po czym rozległ się straszny pisk.

- Aaaaaaa! Mamo! - krzyczała na cały głos, co było nie do zniesienia. Miałem ochotę coś jej zrobić.

-Nie krzycz tak. – powiedziałem. – Czy coś ci robię?

- Mamoo! – krzyczała.

- Słuchaj Miyoko. Wiem dlaczego umarł twój kolega i czujesz się za to odpowiedzialna.
Dziewczyna na chwilę umilkła. Nagle ktoś zaczął szarpać za klamkę drzwi od pokoju.

- Miyoko! Otwórz! Słyszysz mnie? – Miyoko podbiegła do drzwi i je otworzyła. Do pokoju wbiegła szczupła dziewczyna. Miała krótkio ostrzyżone blond włosy, i połówki na oczach. Widać było, że jest zdenerwowana.

- Miyoko! Co się stało! Czemu krzyczałaś? – Miyoko spojrzała na mnie nie odzywając się.

- Nie nic Rei…

- A. To nieważne - wzruszyła ramionami i ruszyła w stronę drzwi. - I nie hałasuj tak, bo mój chomik dostanie nerwicy.
Rei delikatnie przymknęła drzwi, które następnie zatrzasnęła w niezwykle hałasotwórczy sposób. Miyoko spojrzała na mnie nie pewnym wzrokiem. Po czym usiadła na łóżku. Wiedziałem, że nadal jest przerażona.

- Dobra. A więc masz moc zabijania, dzięki temu notesowi. Tak naprawdę nie znam szczegółowych zasad tego Death Nota, ale w środku jest wszystko. - Dziewczyna nic nie powiedziała. Oderwała wzrok ode mnie. Zapadła długa cisza. Miyoko w końcu cicho rzekła.

- Więc, to ja go zabiłam.

Przewróciłem oczami

- O ile ty go wpisałaś, to tak. Oczywiście to było nieświadomie, więc...
"Czy ja ją pocieszam? "

- Nie! - krzyknęła po czym rzuciła poduszką w moją stronę, która przeleciała przez moje ciało, i wylądowała z hukiem na biurku, przewracając książki i szklany wazon. Dziewczyna znowu zaczęła płakać.

- Kim..kim..ty właściwie jesteś? Wiem! Ześwirowałam! Tak?

-E....nie... Jestem Bogiem Śmierci… Co mi nie za bardzo odpowiada ale cóż. No i w zasadzie będę cały czas przy tobie bez większej przyczyny.

- B...Bogiem Śmierci? Co teraz ze mną zrobisz?

- Nic. - powiedziałem całkiem spokojnie. - Tylko ci mówię. Tak naprawdę, jak ci wcześniej wspomniałem, nie wiem co się z tobą stanie. Nie znam szczególowych zasad.

- Czyli...jestem Kirą? - zapytała cicho.

- Tak. To znaczy, masz taką samą moc jak on. Jak pewnie się juz domyśliłaś. Widząc w myślach twarz, wpisując imię i nazwisko, twoja ofiara umrze po 40 sekundach na zawał. - Miyoko nic nie odpowiedziała. Opuściła lekko głowę.

- Ja...- powiedziała, nie spoglądając na mnie. - Nie chcę być mordercą.

Podszedłem do krzesła po czym przykucnąłem na nim.

- Zawsze możesz mi go oddać. – powiedziałem.

- Nie! – krzyknęła. – Nie pozwolę, by ktokolwiek go dostał!

Nie dobrze. Jeżeli mi go nie odda, mogę mieć problemy ze złapaniem Lighta. Nie mogę przez cały czas niańczyć tej dziewczyny. A zmusić ją by zrobiła coś pożytecznego będzie trudne.

- Jesteś pewna, że siła tego notesu cię nie przytłacza? Że nigdy go nie użyjesz? Że życie morderców i gwałcicieli jest bezpieczne w twoich dłoniach? – Spojrzała na mnie. Jej wzrok był inny niż dotychczas, zmienił się nie do poznania.

- Nie doceniasz mnie…- powiedziała Miyoko.


Gadanie…

środa, 24 września 2008

Gdzie Niebo...(Part 3)

- Wracam na ziemię? – zapytałem niedowierzając. – Po co?

- Czyż twoim pragnieniem nie jest powstrzymanie Kiry? – zapytał.

Kiedy to powiedział, przerażająco przypominał Lighta. Nie mam na myśli wyglądu, lecz ten uśmiech ,ten wyraz twarzy. Gdyby teraz mi powiedział, że nim nie jest miałbym wątpliwości. Znienawidziłem go. Znienawidziłem za ten uśmiech. Ponownie przykucnąłem.

- Nie mam ochoty się z tobą bawić. Wszystko co mówisz, nie trzyma się kupy. – odpowiedziałem.

Wiedziałem, że nie mówi mi wszystkiego.

- Może lepiej, żebym cię już zabrał. – odwróciłem się po tych słowach. W jego lewej ręce pojawiła się długie berło. Przyłożył je do ziemi. Na miejscu białej powierzchni pojawiła się czarna wirująca plama, która z każdą chwilą się powiększała.

- Mój drogi. – powiedział. – Ktoś zrobił sobie nie małego psikusa i czeka na ciebie, tam na dole.





Miejsce, w którym się znalazłem, ani trochę nie przypominało, tego poprzedniego. Panował półmrok. Wszędzie były porozrzucane szkielety i czaszki. Panował lekki chłód. Rozejrzałem się. Z tego, co zrozumiałem, to jest tu ktoś, kto zabawił się moim losem po śmierci. Chyba trafiłem do piekła. Z daleka usłyszałem jakieś odgłosy. Podszedłem bliżej. Omal się nie przewróciłem, kiedy dobrze się przyjrzałem tym stworzeniom. Mnie bardziej przypominały szkielety różnych zwierząt, które wymieszane razem ze sobą, w całości stworzyły te dwa potwory, siedzące naprzeciwko mnie.

- Ha! Czaszka niemowlaka! Znowu wygrałem! – krzyknął ten po lewej. Drugi złapał się za głowę.
Podszedłem bliżej. Po chwili jeden z nich mnie zauważył i klepnął kolegę, by spojrzał na mnie. Ten zaś uśmiechnął się, na mój widok.

- Witamy! Witamy! – krzyknął, a mnie na te słowa przeszedł nieprzyjemny dreszcz po plecach.

– Z tegoż to powodu, iż nasz Pan, nie mógł się spotkać z obecnym tu gościem, przydzielono mnie, bym wszystko wytłumaczył- po tych słowach ukłonił się przede mną. Wiedziałem, że sobie ze mnie żartuje. Kiedy się wyprostował ponownie usiadł przy stoliku, naprzeciwko drugiego potwora.. – Jestem Ken. – powiedział, nawet się na mnie nie spoglądając. Zastanawiałem się czy w oddali nie kręci się jakaś Barbie. Jego towarzysz podrapał się po swojej łysej czaszce i zwrócił się, do Kena.

- I co powiesz mu wreszcie, czy nie. Bo sam to zrobię.

- Dobra, dobra. A więc kochany L’ciu. – w tym momencie niejaki Ken odwrócił w moją stronę. – Od momentu pojawienia się Kiry, zastanawiałeś się, „Jak on zabija”. A ja ci powiem, że gdyby nie ten cały notes, to Light byłby nikim. -„A wiec jednak, Light”: pomyślałem.

- Co to za notes. – przerwałem mu.

- Otóż jest taki sobie notes śmierci, wpiszesz gościa, znając jego wygląd, imię i nazwisko to po 40 sekundach gościu kaput. -nie mogłem uwierzyć w to usłyszałem. Więc taka była prawda. Zwykły notes…

- Ale Kira mógł zabijać, znając jedynie wygląd.

- Oczywiście jest wiele różnych zasad i sposobów używania notesu, jednym z nich jest wymiana oczu, dzięki którym widzi się imię i nazwisko ofiary. Poza tym, co jest najfajniejsze, mając notes, ma się również swojego Shinigami.

- Boga Śmierci. – powiedziałem cicho do siebie.

- No właśnie. Taki Bóg Śmierci, łazi cały czas z takim Kirą. Ja i mój kumpel jesteśmy takimi Bogami Śmierci.

- Dobra powiedz mu no! – krzyknął drugi shinigami, który cały czas siedząc, obserwował całą sytuację. Ken machnął ręką.

- Dobra, dobra. Otóż, zapewne się już domyśliłeś się, że nie mówię ci tego bez przyczyny. Siła wyższa miała problem, co do ciebie. Zapewne i tak byś wylądował w czyśćcu, ale i to nie było pewne. Tak więc, nasz Pan postanowił się tobą zaopiekować. - Wiedziałem, co powie. Mogłem się tego domyślić, szczególnie po zachowaniu tego drugiego. Usiadłem na pobliskim kamieniu. - No i – kontynuował. – zostaniesz Bogiem Śmierci. –powiedział po czym głośno się roześmiał.

Poświęcając się niemal do reszty, ścigałem Kirę. A teraz… sam miałem się opiekować kimś takim.

To był jakiś koszmar.

- Dobra kolego pozbierasz się kiedy indziej. – powiedział Ken.- Masz kupę roboty.

- To było specjalnie. – powiedziałem.

- Owszem. – powiedział ten drugi, poczym się roześmiał. – A właśnie. Twój notes na ciebie czeka, na ziemi. Nawet za ciebie już go zrzuciliśmy, przed takie fajne liceum w Kioto hehe. Zapewne, już go znalazł jakiś smarkacz. Nie trać, czasu, L’ciu. Instrukcja jest w notesie, więc będziesz mógł sobie poczytać lekturę do snu.

Nie ruszyłem się z miejsca. To wszystko było jak grom z jasnego nieba. Nawet dobrze nie oswoiłem się z myślą, że nie żyję, przynajmniej na swój sposób.

- Dobra, L. Ruszaj dupsko i idź. Ciebie nie ma na ziemi. Nie żyjesz. W zasadzie, mogąc, mieć bezpośredni kontakt z następnym Kirą będziesz mógł, kto wie, bardziej zbliżyć się do Lighta.

Może i te słowa bardziej zmusiły mnie do działania. Wstałem i zacząłem się kierować w stronę, wielkiej wirującej ściany. Przynajmniej po tych słowach wiedziałem, że nie zależy potworom z piekła na tym bym wzorował wykonywał swoje obowiązki jako Bóg Śmierci. Chyba wręcz na odwrót. Zapewne nie przeszkadzałoby im, gdyby udało mi się, złapać Lighta.

Cóż za absurd.

poniedziałek, 22 września 2008

Gdzie Niebo...(Part 2)

-cóż Light…

Stał tuż naprzeciwko mnie. Patrzył na mnie złośliwym wręcz uśmiechem.
Czułem, że za nim się coś kryje. Zaraz. Nie. Ten uśmiech.
Light nigdy by sobie nie pozwolił na coś takiego. Cały czas toczyła się między nami w pewnym rodzaju gra. Choć oboje wiedzieliśmy, jaka jest prawda. Czyżby teraz zamierzał się przyznać. Czyżby ten moment był kulminacyjnym.

- Nie mów tak do mnie. – odpowiedział po chwili ciszy. – Nie jestem Lightem.

Patrzyłem na tą postać, no bo jak inaczej nazwać, coś co przypomina kogoś, a nim nie jest. Przyznam, byłem zaskoczony, lecz nie pozwoliłem poznać po sobie jakichkolwiek uczuć. Przekręciłem głowę na bok i przyłożyłem kciuk do ust. Wiedziałem, że znalazłem się w świecie gdzie nie istnieje jakakolwiek logika. Lecz uparty, próbowałem znaleźć jakieś wytłumaczenie.

- Przeobrażasz się w różne znajome mi osoby? Zapewne jeszcze czytasz w myślach. Może jesteś Bogiem. – powiedziałem. Trzeba przyznać, że wszystko mogło być możliwe.

- Jak dla mnie za dużo myślisz. Szczerze ci powiem, owszem widzę obrazy z twojego umysłu.
Lecz nie wiem, czym jestem.

- Dlaczego przeobraziłeś się akurat w tą postać? – zapytałem z czystej ciekawości.

- Masz wobec niej wiele różnych myśli. Wydała mi się najciekawsza. Nienawidzisz ją, a jednocześnie jesteś jej ciekaw. Bardzo mnie zainteresowała.
Przykucnąłem na te słowa.

- Jestem pewny, że ten człowiek był, albo i jest mordercą. Był tak blisko, a ja nie mogłem go złapać. Nie miałem podstaw.

- Rozumiem.

- Interesuje mnie twoja postać.

- Jestem tu od zawsze. Zamieniam się w różne stworzenia, lecz swojej tak naprawdę nie znam. To miejsce zbłąkaanych dusz.

- Więc jestem zbłąkaną duszą.

- Otóż to. Lecz nie wyglądasz mi na taką.
Przyznam, że dziwnie się czułem mówiąc w tak swobodny sposób do Lighta, wiedząc, że nim nie jest. Ciekawe czy ta postać potrafiłaby specjalnie dla mnie zrobić dziwną minę. Uśmiechnąłem się.

- Dlaczego? – zapytałem.

- Zazwyczaj takie dusze mają do zrobienia coś na ziemi i zbaczają z drogi przed sąd Boży, że się
tak wyrażę. Możliwe, że i ty masz taką sprawę, ale nie zbaczałeś z nikąd ani nic.

- Owszem. Trafiłem tu nieumyślnie.

- Możliwe, że ktoś chciał, byś się tu znalazł. To znaczy komuś na tobie zależy i nie chciał żebyś trafił przed sąd. Bo stamtąd nie mógłbyś wrócić.

- Skoro powiedziałeś, że ci, którzy chcą wrócić na ziemię by coś ukończyć trafiają tutaj. To… w jaki sposób wracają na ziemię?

- Pod postacią ducha głównie. Mają prawo widzieć je do trzech wybranych przez nie osoby na ziemi. Ja pomagam im tam wracać.
Zamyśliłem się na chwilę.

- Powiedziałeś, że są „zbłąkane”. Czy to oznacza…

- Tak. Będą się włóczyć, aż mnie znajdą.– powiedział obojętnie.
Wstałem, i lekko przygarbiony spojrzałem się w stronę tej postaci.

- Skąd wiedziałeś, że nie wiem gdzie jestem. Na samym początku, twoje pierwsze słowa…
Postać z którą rozmawiałem, uśmiechnęła się.

- Nie bój się. Żadna dusza z góry nie wie gdzie trafi, kiedy zboczy. Choć co do ciebie mam inne plany. Więc wiem, że zrobiłeś to nieumyślnie.
Zamyśliłem się.

- W cale nie miałem szczęścia. Przyszedłeś tu po mnie.
Uśmiechnął się.

- Wracasz na ziemię. – powiedział donośnym głosem.

A ja wiedziałem już, że ktoś właśnie tego chce.

poniedziałek, 15 września 2008

Gdzie Niebo...(Part 1)



Gdyby ktoś mi powiedział, że zostanę detektywem, działającym w ukryciu. Ścigającym człowiekach o nadludzkich mocach zabijania,to...

cóż, zapewne bym to przemyślał.






Zginąć, zostać zabitym, umrzeć... Tak, umrzeć, to dobre słowo.

Umarłem. Snując się po zgliszczach, szukam najsłabszego blasku światła. Idąc tak bez celu, zadaję sobie pytanie:"Co ja tutaj robię?" Nie nawidzę pytań, szczególnie takich, na które nie postrafię odpowiedzieć. Nie byłem złym człowiekiem. Więc jeśli już myślałem o niebie i piekle, stawiałem na niebo. Cóż, nie tak je sobie wyobrażałem.

Wszędzie dookoła było ciemno. Poprostu szedłem przed siebie, nie widząc w tym większego sensu. Nie wykluczone, że cały czas stałem w miejscu. Nie czułem bym, pokonywał jakie odległości. Czy koniecznie trzeba przybierać nogami, by poruszać się do przodu?

Przystanąłem. I znowu to samo: "Co ja tutaj robię?". Nie sądziłem, że ostatnią rzeczą, którą ujrzę przed śmiercią będzie idiotyczny uśmiech Lighta. Przynajmniej wiem, że moje przypuszczenia były słuszne. To jednak daje pewną satysfakcję. Ale co to miało za znaczenie, kiedy wylądowałem w jakimś bliżej nieokreślonym miejscu. Rojerzałem się dookoła, po czym westchnąłem.

Nie wiem ile czasu minęło, 10 minut, godzina, cały dzień. Zresztą, czy tutaj wogóle mija jakiś czas? Poprostu nagle wszystko rozbłysło. Nie piekły mnie oczy, a światło mnie nie oślepiało. Stałem tak jak wcześniej czekając na anstepną jaką niesamowitą rzecz. Zastanawiałem się, czy w tym momencie ujrzę Jezusa, który wynurzy się z nikąd i zabierze do nieba, gdzie będę wiecznie czuł radość i szczęście. Podemną ujrzałem śnieżnobiałą podłogę. Rozejrzałem się. Ciągnęła się ona w nieskończoność, na kompletnie płaskiej powierzchni i czystej powierzchni. Gdzie bym nie spojrzał otaczała mnie biel. Tylko moje niebieskie jeansy i czarne włosy wyróżniały się, w całym otoczeniu.

- Jeżeli myślisz, że to niebo bądź piekło... jesteś w błędzie. - znałem ten głos. Nerwowym ruchem odwróciłem się. Tak jak przypuszczałem.

-Cóż Light...

niedziela, 14 września 2008

Yo.

A więc, dzień dobry. Pisać tu będę mały opowiastkę z
Death Note (o ile starczy mi pomysłów i czasu). Brak jak narazie większych ambicji... ><


słowo
- Jakie jest twoje ulubione słowo?
- Z miliarda słów?
- Z miliarda...
- Sens.
- Jednosylabowe, niesłyszalne "n"...
- A twoje?
- Nie wiem. Chyba wszystkie.
- Dlaczego?
- Nie wiem.
- Kocham swoje słowo, bo ma ładne znaczenie.
Mówi się, że nic nie jest bez sensu. Zakładając że go nie ma, podważamy istnienie tego czegoś.
- Ładna teoria.
- Myślałeś nad sensem miłości? Ja tak.
Mam kogoś i go kocham. i chyba ma to sens. Przynosi mi dużo ciepła.
- Ja jestem, żeby kochać.
- I kochasz wszystkich?
- Wszystkich.
- A jeżeli jest zły?
-Kocham.
- A mnie kochasz?
- Kocham.
- Więc moje serce jest dwa razy cieplejsze. Dziękuję Ci Panie Boże.

To moja mała proza. >< Nie, nie jestem Mega religijna... ale cóż...

to be continue...